Gorące tematy: Wybory Parlamentarne 2019 Ryszard Opara: „AMEN” Dyżury administratorów RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
255 postów 2235 komentarzy

att

Andrzej Tokarski - się zobaczy

Moje trzy grosze w sprawie Janowa Podlaskiego

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Jak przewietrzyć stadninę by konie nie padały jak muchy

 

      Uważnie wysłuchałem kilku wywiadów odwołanych prezesów. Zwrócił moją uwagę jeden fragment wypowiedzi Marka Treli w tv Judeopolonia*. Rozmowa miała się już ku końcowi, trudne pytania redaktor już zadał, atmosfera była rozluźniona, prawie przyjacielska. Na pytanie czy był na miejscu gdy umierała Pianissima, prezes Trela z lekką wyższością w głosie odpowiedział że nie – że był w Emiratach, miał tam inne zobowiązania. Po chwili dodał, że był na urlopie. Jako człowiek przywykły uważnie analizować słowa i przemilczenia (były zawodowy i całkiem sprawny bezprawnik) – zastrzygłem – iście po końsku uszami. Jakże to – czy prezes ma pamięć podobną do kurzej (i charakterystyczną dla jeszcze jednych przypominających niekiedy kury dwunogów) – czyli rozumie i pamięta tyle ile ma w zasięgu dzioba? Przecież kilka minut i kilka zdań wcześniej na pytanie tego samego redaktora w tej samej audycji o inne aktywności zawodowe odpowiedział, że kategorycznie nie – że Janów jest jego jedyną pracą i pasją życiową.

To jakie zobowiązania miał prezes Trela w Emiratach?

 

Miałem kiedyś konia. Miał ogrodzone 1,5ha więc większość czasu spędzał łażąc bez uwięzi, nawet bez uzdy i skubiąc to i owo. Gdy się już najadł, lubił przechadzać się wyniośle, kątem oka obserwując, czy wszyscy widzą jego dumną minę i należycie ją doceniają – z tego powodu oraz z racji podobieństwa tej maniery do identycznej zauważalnej u różnych docentów z filmów Zanussiego – niejako samoistnie został nazwany Docentem. Koń był prawdziwy, twardej, odpornej rasy/ras zbliżonej do hucuła. Miałem go w sensie dosłownym, czyli nie gdzieś w stajni do której jeździłem eleganckim autem gdy mi się zachciało mieć fanaberię pojeździć w siodle, a opiekę sprawował kto inny. Miałem go na co dzień, w stajni przy domu, którą „temi ręcyma” z pomocą nieodżałowanego Miecia Budzyńskiego zbudowałem, jeździłem na nim i za nim powożąc bryczką. Karmiłem go gadałem z nim, sam potrafiłem zrobić mu kopyta, był pod moją stałą opieką. Dawał głos i przybijał grabę. Znałem jego przywary, humory – wiedziałem, że mając sto spadłych jabłek pod jabłonią, bezszelestnie wejdzie do sieni domu (śliskie kafelki nie stanowiły przeszkody) by wyjąć identyczne jabłko ze stojącego tam koszyka.

 

Mając go na co dzień, miałem też jego kolki. Trzeba było sytuację kontrolować – jeśli był w stajni, wielokrotnie w ciągu dnia zajrzeć czy stoi, czy żuje, czy nie skubie się po bokach, nie próbuje się kłaść itd. Jeśli się położył, to bez względu na użyte środki przymusu należało go zmusić do wstania, wyprowadzić za uzdę i chodzić z nim godzinę, dwie, cztery do skutku, nie pozwalając by się położył – czekając aż zacznie puszczać bąki i następnie skubać trawę. Bez czekania na weterynarza, bo takie akcje działy się zwykle w nocy. Zanim by przyjechał weterynarz... Wiele razy się udawało, raz nie dopilnowałem – i trzeba było Docenta pochować. Trudno, ale to się zdarza, gdy koń nie ma stałej opieki.

 

Nie ma jednak prawa się zdarzyć w wiodącej w świecie stadninie z opieką lekarską, z możliwością wykonania – w razie skrętu kiszek - operacji chirurgicznej.

 

W stadninie prezesa Treli jednak się zdarzyło. Zdarzyło się najpiękniejszemu i najdroższemu koniowi, który nawet nie był ubezpieczony. Pana Treli wtedy nie był, bo miał zobowiązania – urlopowe.

Przyglądając się operacji handlu zarodkami Pianissimy miałem wrażenie celowości operacji wyprowadzania linii za granicę. Pomijam w mojej ocenie równie przestępczy charakter ekonomicznej strony tych procedur. Logicznym zwieńczeniem ww operacji byłoby doprowadzenie do śmierci klaczy – ród - czyli bezcenny majątek biologiczny wyprowadzony tam gdzie trzeba, linia polska wygaszona. To oczywiście hipoteza, ale narzucająca się jeżeli nie chcemy wierzyć w dziwne przypadki typu błąd pilota, wsie pogibli, prosta oszibka.

 

Hipotezę braku przypadkowości zdają się potwierdzać dwa następne zgony – tu z kolei ewidentnie chodzi o podłożenie miny nowym władzom i stadniny - i państwa. Dodatkowo znikome prawdopodobieństwo takiego zdarzenia uprawdopodabnia celowe działanie. Dlaczego padło akurat na klacze Shirley Woods? To proste – ona niewiele zrobi, co najwyżej kogoś pozwie, nie przyjedzie na Pride...obrazi się... Gdyby w ramach rozgrywki ambicjonalno-emocjonalno-politycznej padły konie jakiegoś szejka czy innego grubego gościa, niewykluczone, że wkrótce znaleziono by głowę tego, co podał (i tego co kazał podać) truciznę/szkodliwe leki - w czyimś łóżku....

 

Pamiętacie jazgot, gdy ciężarną klacz zawieziono do Warszawy? Ale gdy dwie ciężarne klacze pojechały samochodem do Anglii – już nie było problemu?

 

 

Podobne jest podobne – bo jest podobne. Znałem kiedyś podobnego gościa z takim samym wąsikiem, takim samym loczkiem, takim samym uniżonym sposobem bycia wobec tych, którzy mogą zapewnić jakieś frukty. Czar prowincji - ten sam wąsik, ten sam pląsik... Typowy produkt małomiasteczkowych elit. Trener tenisa, uważający się za takiego z osiągnięciami. Po bliższym poznaniu pokazywał drugie oblicze: interesowny, niesłowny, chętnie i szeroko obiecujący, z motylą lekkością nie dotrzymujący zobowiązań, wręcz chętnie i łatwo kłamiący. Całe życie próbujący załapać się na jakieś publiczne pieniądze i stanowiska. Pchający się do koryta gdzie się dało - a to na posła, a to na burmistrza. Oczywiście z list PO. Szczęśliwie i dla lokalnej społeczności i dla ogółu nieskutecznie.

 

Ten trener przyszedł mi na myśl, gdy zobaczyłem p. Trelę sędziującego jakieś zawody gdzieś u szejków. Spocony gość w przyciasnej marynarczynie z miną służącego wysługujący się gdzie popadnie. Takie miałem wrażenie. Gdyby skupił się na tym co do niego należy, porządnie prowadził stadninę, należycie pilnował powierzonych interesów Skarbu Państwa – miałby szacunek i tu i tam. Roztrwonił to więc stracił tu i za chwilę – o czym może jeszcze nie wie, straci tam – bo, nie mając już możliwości związanych z prezesurą - nie będzie dłużej potrzebny.

 

Czy szykował się - dla siebie lub dla kogoś - do uwłaszczenia na Janowie, a przez zmianę władzy wszystkie te plany poszły się jeb...huśtać – i czy również dlatego – a może właśnie dlatego?! - w akcie wściekłej desperackie zemsty?! - odeszła Pianissima – tego nie wiemy, ale kto wie, kto wie... Widząc powszechne tam gdzie ryje zostały odcięte od koryta, obłąkańcze toczenie piany w akompaniamencie dzikiego kwiku– przyjrzałbym się tej hipotezie...

 

 

Znałem też innych prezesów, którzy tak się zrośli z majątkiem publicznym, że traktowali jako własny i jedyne co ich interesowało, to osobiste korzyści jakie mogą osiągnąć. Szczęśliwie to już dla mnie przeszłość.

 

Pan Jurgiel nie jest bohaterem z mojej bajki – ale bez przesady z lamentami nad polskim koniem arabskim – przewietrzenie tego bardzo specyficznego zamkniętego - pełnego zbyt bogatych snobów z jednej a spoconych aspirantów na snoba z drugiej - środowiska może tylko pomóc - przy okazji różne sztuczki dotąd skrzętnie ukrywane wyjdą na jaw – więc przy właściwym nadzorze nie będą już mogły być stosowane.

 

 

 

 

 

 

 

*co to takiego? Kto czyta moje wpisy ten wie – kto nie czyta, ten stracił

KOMENTARZE

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30