Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
139 postów 1374 komentarze

att

Andrzej Tokarski - się zobaczy

Sumliński o śmierci Andrzeja Leppera

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

niebezpieczne związki

 

   Z podziękowaniem dla blgera Oscara, który podrzucił mi link do tego materiału - poniżej treść autorstwa Wojciecha Sumlińskiego:

 

Przewodniczący Samoobrony miał długofalowy plan i właśnie rozpoczynał jego realizację. Czy jednak był to plan realny, czy tylko stek pobożnych życzeń?

Do rozwiązania pozostały trzy kwestie: skąd wziąć pieniądze na spłatę długów i zbliżającą się kampanię wyborczą? Jak doprowadzić do szybkiego i pozytywnego zakończenia procesów? W jaki sposób zabezpieczyć przyszłość?

Stosunkowo najprostsze wydawało się rozwiązanie pierwszego problemu.

Nie wiele osób wiedziało, że Andrzej Lepper miał przyznaną promesę kredytową na dziesięć milionów dolarów w jednym z banków w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Pieniądze te, rzecz jasna, nie były

przeznaczone w całości dla niego, bo lwią część mieli otrzymać ludzie, którzy zorganizowali przedsięwzięcie – protektorzy z WSI. A jednak to, co miało zostać, wystarczało na bieżącą działalność i zabezpieczenie kampanii wyborczej. Pełnomocnikiem operacji był Walendzik, do którego Lepper miał ograniczone zaufanie, ale to nie on decydował o roli Walendzika w tej historii. Nie wiadomo, co stało się z tymi pieniędzmi po śmierci byłego wicepremiera - to nigdy nie zostało wyjaśnione. Jedyne, co wiadomo na pewno, to fakt, że niedługo później Walendzik wyjechał do Emiratów. I jeszcze to, że mieszka tam po dziś dziś.Tak więc Andrzej Lepper miał wizję, jak pozyskać pieniądze i jak je wydać. Wiedział jednak, że aby zakończyć złą passę i realnie myśleć o korzystnym rozwiązaniu najważniejszych problemów, musiał uderzyć bardzo mocno, do tego w miejsce na tyle czułe, by odeprzeć oskarżenia i odzyskać inicjatywę. Wiedział, co to za miejsce. I wiedział jak w nie uderzyć.

W relacjach między ludźmi w świecie władzy i brudnej polityki, podobnie jak w działalności służb specjalnych, zawsze chodzi o osiągnięcie „celu operacyjnego”, czyli specyficznie rozumianej przewagi. Przewaga zaś danego polityka nad innym – podobnie jak jednego państwa nad innym - nie musi być pochodną zajmowanego stanowiska bądź siły, ale po prostu pochodną informacji. Doskonale wiedzieliśmy o tym w ABW, gdzie zawsze, odkąd tylko sięgam pamięcią, najważniejszą jednostką był Departament Zabezpieczenia Technicznego, powstały w 1999 roku z połączenia Biura Techniki i Biura Obserwacji. Departament ów zajmował się inwigilacją osób będących w zainteresowaniu ABW za pomocą obserwacji i techniki operacyjnej, czyli podsłuchu telefonicznego, podsłuchu pokojowego i podglądu dyskretnej fotografii (PDF). Informacje uzyskiwane z jednostek ZT w centrali i delegaturach stanowiły kopalnię wiedzy, niemożliwą do uzyskania metodami pracy operacyjnej, zresztą kiepsko prowadzonej przez ABW. Szacuje się, że około 80 procent informacji wykorzystywanych przez „firmę” pochodzi z Departamentu Zabezpieczenia Technicznego, stąd powiedzenie: „kto panuje w DZT, ten rządzi w ABW, a kto rządzi w ABW, ten rządzi w kraju”.

Tak więc podstawą sukcesu w tym brudnym świecie była informacja i Andrzej Lepper miał do niej dostęp, choć nie zawsze znał źródło jej pochodzenia. Szef Samoobrony znał wiele tajemnic, spraw opatrzonych klauzulą tajności i zamierzał zrobić z nich użytek. Zwłaszcza dwa z moich „kanałów informacyjnych”, zawodowo i towarzysko związane z Konradem Rękasem i Bolesławem Borysiukiem, do roku 2007 zarządzającym Samoobroną na Lubelszczyźnie i kierującym zespołem doradców Leppera, miały świetne rozpoznanie. By to wyjaśnić, trzeba cofnąć się do wydarzeń z roku 2002.

W owym czasie w wyborach samorządowych do sejmików wojewódzkich i organów samorządu terytorialnego partia Andrzeja Leppera uzyskała 16 procentowe poparcie w skali kraju, tymczasem w województwie lubelskim aż 22 procentowe. To z kolei pozwoliło na wygranie wyborów i stworzenie koalicji rządzącej z SLD. Przewodniczącym sejmiku został z ramienia Samoobrony Konrad Rękas, dziennikarz i samorządowiec z Chełma - człowiek mało ciekawy, który później złożył rezygnację z funkcji przewodniczącego wskutek afery ze sfałszowanym indeksem, obecnie funkcjonujący w środowiskach zbliżonych do zatrzymanego za szpiegostwo na rzecz Rosji Mateusza Piskorskiego. Dwaj moi informatorzy brali udział w „imprezach integracyjnych” polityków lubelskiej Samoobrony, zarazem jednak stanowili doskonałe źródła informacji o kontaktach członków tej partii na Ukrainie i Białorusi. Potwierdzenie prawdziwości ich informacji uzyskałem później dodatkowo od Marcina S., działacza Samoobrony, a w następnych latach dyplomaty

Działacze Samoobrony, w większości ludzie prości, nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństw czyhających za wschodnią granicą i nie przypuszczali, że ich wyjazdy są monitorowane przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy, a zdobyte informacje trafiają bezpośrednio do bratniej Federalnej Służby Bezpieczeństwa w Moskwie. Trzeba przypomnieć, że w owym czasie SBU dowodził generał Wołodymyr Radczenko prywatnie przyjaciel i kolega z kursów KGB w Mińsku ówczesnego szefa rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa Nikołaja Patruszewa. Przy braku zabezpieczenia kontrwywiadowczego i co tu dużo kryć, przy sporej infantylności polityków Samoobrony, na terenie tak newralgicznym z punktu widzenia rosyjskich interesów, jakim była i jest Ukraina – jeszcze całkiem niedawno rosyjskie służby specjalne działały tu swobodnie, traktując Ukrainę jako kraj przyjazny – podopieczni Leppera pozostawali w przekonaniu, że z dala od oczu żon i kamer dziennikarzy, można do woli oddawać się uciechom życia. I oddawali się, niekiedy „tylko” do granicy dobrego smaku, częściej daleko poza tą granica. A wszystko to przy pełnej rejestracji ze strony SBU i FSB.

Nie potrafię powiedzieć, jak dalece zostało to później wykorzystane przez wspomniane służby, ale sam fakt, że zostało wykorzystane, nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości. Nie było zresztą w tym nic dziwnego, bo tak stanowiła pragmatyka służb specjalnych - i dopiero brak wykorzystania takich materiałów byłby czymś zgoiła nienormalnym i stanowił zwyczajne marnotrawstwo.

Mając dwa świetnie ulokowane kanały informacyjne w kierownictwie Samoobrony, a nadto dysponując obszerną wiedzą spoza tych źródeł, już później, z dystansu, z niejakim rozbawieniem myślałem o przebiegu wątku lubelskiego seks-afery bo doskonale wiedziałem, że obciążające Leppera zeznania żony Piotra Podgórskiego i Agnieszki Kowal były niczym innym, jak tylko elementem gry zainicjowanej przez Rękasa i Podgórskiego, którzy zresztą sami byli w tej rozgrywce pionkami  wykorzystanymi do robienia wrzawy. Gdy rejwach minął, gdy wszyscy się już nakrzyczeli i nakłamali w mediach do woli, a ludzie zapomnieli, co jest istotą sprawy, Anna Podgórska usunęła się po cichu na bok – dzięki wpływom ojca, Krzysztofa Dudy, zamojskiego przedsiębiorcy, usunęła się w miarę skutecznie. Z kolei Agnieszka Kowal po złożeniu zeznań w prokuraturze przestraszyła się wezwaniami do sądu i możliwością ujawnienia kasety z seksualnej orgii w jej wiejskim domu pod Lublinem – kaseta była źródłem nacisku, dla którego zdecydowała się składać zeznania w prokuraturze – i najzwyczajniej w świecie uciekła do Włoch, uniemożliwiając tym samym przesłuchanie w charakterze świadka, w toku procesu.

 

Takimi znaczonymi kartami odbywała się ta brudna gra. Ja zaś sam, dzięki dobrze ulokowanym informatorom, z perspektywy czasu, mogłem doskonale rozeznać się w mniej lub bardziej interesujących aspektach działań dotyczących tej znaczącej w pewnym okresie III RP partii politycznej.

Obok dwóch źródeł w postaci informatorów dodatkowym zaworem bezpieczeństwa dla prawdziwości moich informacji były działania operacyjne, o szczegółach których mówić mi nie wolno, i jeszcze jeden człowiek - wspomniany Marcin S., który funkcjonował w środowisku byłych działaczy Samoobrony, także po roku 2007 i kandydował na stanowisko jednego z dyrektorów w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Ostatecznie nie trafił do KRRiT, a zamiast tego został radcą handlowym polskiej ambasady w Chinach. W oparciu o wieloletnią praktykę oficera ABW czułem to, że Marcin nie jest zdolny do konfabulacji. Przeciwnie, należał do ludzi, którzy analizują i potwierdzają uzyskane informacje.

Któregoś razu w 2012 roku, gdy przyjechał na urlop z placówki dyplomatycznej, powiedział mi, że ma ważne informacje, pewne i wiarygodne - uzyskane prywatnie i nie związane z pracą zawodową. Według jego relacji wiosną 2011 roku podczas spotkania nad Jeziorem Świteź na pograniczu ukraińsko - białoruskim Andrzej Lepper otrzymał od Ukraińców materiały, także w formie audio, dotyczące nieprawidłowości skandalicznego kontraktu podpisanego w 2010 roku przez wicepremiera Waldemara Pawlaka z wicepremierem Rosji Igorem Sieczinem, generałem KGB, a ówcześnie drugą osobą w Rosji, po premierze Putinie - wbrew pozorom prezydent Miedwiediew w ogóle nie liczył się w tym rozdaniu - odpowiedzialną za sprawy energetyczne, w tym za dostawy rosyjskiego gazu do Polski. Były to informacje najwyższej wagi, a tym samym szalenie niebezpieczne dla ich dysponenta, z gatunku tych, które windują mocno w górę lub zakopują człowieka półtora metra pod ziemią.

Dlaczego właśnie te informacje zwróciły moją uwagę?

Nawet nie dlatego, a przynajmniej nie przede wszystkim dlatego, że takich informacji nie dostaje się ot tak, i było dla mnie oczywistą oczywistością, że Lepper musiał zaoferować coś w zamian – miałem tu swoje hipotezy, bo te same się narzucały. Najważniejsze dla mnie w tej historii było co innego: stanowiła uzupełnienie wiedzy pozyskanej wieloma niezależnymi „kanałami”  oraz nieomal dosłowne potwierdzenie tego, co na ten temat słyszałem wcześniej od dwóch informatorów.  Ani Marcin S. ani nikt z jego kręgu nie wiedział, kim są moje osobowe źródła informacji. Zadałem więc sobie pytanie, które na moim miejscu zadałby sobie każdy: jak to możliwe, że opowiedział mi dokładnie tę samą historię, nieomal kropka w kropkę, co nieznani mu dwaj inni informatorzy? Na gruncie logiki i zdrowego rozsądku nie było tu innego wyjaśnienia, jak tylko takie, że są to po prostu informacje prawdziwe.

Początkowo zlekceważyłem wiadomości od moich dwóch informatorów, gdy jednak teraz uzyskałem ich potwierdzenie, zacząłem wszystko rozumieć – niekiedy, by coś zrozumieć, wystarczy błysk chwili – bo wszystkie elementy tej układanki zaczęły do siebie idealnie przystawać. Gdybym jednak jeszcze miał w tym zakresie jakieś wątpliwości, musiałbym je stracić definitywnie po uzyskaniu kolejnej informacji.   

 

Okazało się, że w tym samym czasie, co Andrzej Lepper, nad Świteź przyjeżdżał Aleksiej Miller, prezes Gazpromu. Przyjeżdżał pod pozorem wizyt u rodziny żony, w rzeczywistości jednak co najmniej dwa razy spotkał się z Lepperem! Łącząc wszystkie te kropeczki, wszystkie informacje, jakie miałem teraz przed sobą, wiedziałem już, co Andrzej Lepper chciał zrobić i wiedziałem, jak chciał to zrobić…

Pierwsza umowa z Rosjanami w ramach tak zwanego kontraktu jamalskiego z 1993 roku, była punktem wyjścia dla późniejszych negocjacji na dostawy gazu do Polski. Przewidywała dostarczanie Polsce rocznie 7,4 miliardów metrów sześciennych gazu oraz tranzyt tego surowca w czterokrotnie większej ilości polskimi rurociągami do Niemiec. Rosyjskie dostawy gazu pokrywały większość zapotrzebowania Polski, a pozostała część zaopatrzenia pochodziła z wydobycia w Polsce i ze złóż norweskich. Na jakiej zatem podstawie w kontrakcie z 2009 roku polscy decydenci zobowiązali się do odbioru ponad 11 miliardów metrów sześciennych gazu z Rosji rocznie, co stanowiło ilość znacznie przekraczającą zapotrzebowanie Polski? Nie zostało to nigdy wyjaśnione. Wiadomo za to, że zgodnie z zapisami umowy aż do 2022 roku Polska na własne życzenie zobowiązała się kupować od Rosji półtora razy więcej gazu, niż tego potrzebowała. Nie wiedzieć czemu niejako „przy okazji” strona polska zrezygnowała z 1,2 miliarda złotych, które Gazprom był winien z tytułu niedopłat za lata 2006 – 2009. Co zdumiewające, rząd nie tylko rezygnował z dywersyfikacji źródeł gazu, całkowicie uzależniając nasz kraj od dostaw Gazpromu, ale jednocześnie zmniejszył kontrolę nad strategiczną spółką EuRoPol Gaz SA, a jakby jeszcze tego było mało, zgodził się na skrajnie niekorzystne dla Polski zapisy dotyczące trybu podejmowania decyzji.

Umowę podpisano aż do roku 2022 - i „tylko” do roku 2022. Rząd Donalda Tuska chciał bowiem, by obowiązywała do roku 2037, uzależniając całkowicie Polskę od rosyjskiego gazu na całe dziesięciolecia. Dopiero wskutek ostrych protestów opozycji i burzliwej debaty w Sejmie zwołanej na wniosek PiS, ostatecznie rząd zgodził się odstąpić od najdłuższej wersji, co jednak i tak stawiało Polskę w fatalnej pozycji na wiele następnych lat. Podpisany kontrakt był - i jest - dla Polski skrajnie niekorzystny, bo cenę gazu w umowie oparto odnosząc ją do ceny ropy naftowej, co spowodowało, że do dziś płacimy najwyższą stawkę w Unii Europejskiej – znacznie wyższą, niż odbiorcy w Niemczech, Francji czy Włoszech. W całej tej sprawie jest szereg pytań, na które mimo upływu lat nikt nie odpowiedział.

Jak to możliwe, że dodatkowe zakupy gazu były negocjowane na szczeblu rządowym, nie zaś na poziomie PGNiG – Gazprom, czyli firm bezpośrednio zaangażowanych w wypełnianie warunków kontraktu?

Dlaczego premierowi Pawlakowi tak bardzo zależało, by utajniono część dokumentów dotyczących negocjacji? I dlaczego, choć po latach samą umowę ostatecznie opublikowano, nie ujawniono instrukcji negocjacyjnych zatwierdzonych przez Donalda Tuska, a tym samym uniemożliwiono porównanie tego, co zamierzano osiągnąć z tym, co osiągnięto?

Dlaczego, gdy ceny gazu gwałtownie spadały na skutek kryzysu gospodarczego i rewolucji łupkowej w USA, Donald Tusk nawet nie podjął próby zmiany formuły cenowej w kontrakcie jamalskim, choć w tym samym czasie zachodnie koncerny zmuszały Gazprom do obniżki cen kontraktowych?

Dlaczego Waldemar Pawlak, już jako minister gospodarki w rządzie Donalda Tuska, storpedował rozpoczęty przez rząd premiera Jarosława Kaczyńskiego projekt budowy gazociągu do Danii o nazwie Baltic Pipe, dzięki któremu już w grudniu 2010 roku do Polski mogło trafić ponad 2 miliardy metrów sześciennych gazu z duńskiego systemu przesyłowego?

Skąd brała się determinacja ministra Pawlaka, by zadowolić Gazprom, któremu przeszkadzało operatorstwo spółki Gaz - System na gazociągu jamalskim, co umożliwiało zawieranie poza Gazpromem małych kontraktów gazowych z partnerami z Europy Zachodniej? I dlaczego minister Pawlak tak bardzo troszczył się o interesy Gazpromu w Polsce kosztem polskiego operatora?

Dlaczego organy państwa powołane do dbałości o bezpieczeństwo energetyczne Polski nie zareagowało w żaden sposób na tak jawnie szkodliwe dla Polski działanie najważniejszych ówcześnie polskich polityków, które już tylko na gruncie logiki i zdrowego rozsądku wyglądało na ordynarny przekręt? Czy wpływ na to mógł mieć fakt, że jednym z zastępców ówczesnego szefa ABW był Zdzisław Skorża, kolega ze studiów Waldemara Pawlaka? Ostatnie pytanie możemy sobie darować, bo są sytuacje, gdy nie trzeba stawiać kropki nad „i”. To właśnie jest jedna z takich sytuacji.

Fakty wskazują, że ludziom na wysokich stołkach w rządzie PO - PSL bardzo zależało, by Polska aż do 2022 roku płaciła za rosyjski gaz kwotę opartą o wygórowaną formułę cenową z 2006 roku, w następstwie czego do dziś płacimy za gaz o kilkaset milionów dolarów rocznie więcej (równowartość nawet kilku miliardów złotych rocznie), niż odbiorcy analogicznej ilości tego surowca w Niemczech, Włoszech czy Francji.

W całej tej sprawie i w tych decyzjach, za które odpowiadali polscy premierzy Waldemar Pawlak i Donald Tusk, było coś tak absolutnie niepojętego i zarazem irracjonalnego, że aż nie trzeba było stawiać tu żadnych hipotez, bo te same się narzucały. W tym kontekście fakt, że podpisanie takiego kontraktu na takich warunkach rząd Donalda Tuska i ministerstwo Waldemara Pawlaka lansowały, jako „sukces” i dowód dobrosąsiedzkich relacji z Rosją, był czymś tak aroganckim i kuriozalnym zarazem, że aż nieprawdopodobnym. Absolutnym i niezrozumiałym paradoksem jest, że mimo prowadzenia przez nich tak ewidentnie brudnej gry cała ta sprawa rozeszła się po kościach. Donald Tusk i jego koledzy z PSL mogli otwierać szampany, bo zrozumieli, że jeżeli Polacy uwierzyli w brednie o „sukcesie” w tej sprawie, to znaczy, że przy odpowiednim natężeniu propagandy uwierzą już we wszystko.

Ale był ktoś, kto nie wierzył w ani jedno słowo. Ktoś, kto wiedział, jak wygląda prawda i co ważniejsze - kto potrafił to udowodnić. Bo dowody, nagrania rozmów i dokumentację dotyczącą zagranicznych kont, zdobył na Ukrainie, nad jeziorem Świteź…

Powstaje pytanie: na jakich warunkach i jak to się stało, że Andrzej Lepper - bo o nim mowa - stał się posiadaczem materiałów, które mogły wysadzić w powietrze nie tylko rząd Donalda Tuska?

Najbardziej prawdopodobna wersja oparta na relacjach informatorów oraz na wiedzy, którą mogę ujawnić tylko prokuratorom po wznowieniu śledztwa w sprawie śmierci Leppera, wskazuje, że pośrednikiem w tej „transakcji” był Zakon Rycerzy Michała Archanioła. Wydarzenia nad Jeziorem Świteź były zatem kulminacją wielopiętrowej gry, w których tak lubują się służby specjalne, a w której swoją rolę miał do odegrania także były wicepremier RP. W tej grze Andrzej Lepper postanowił grać vabank i był w tym postanowieniu zdeterminowany.  

Wiedział, że aby zrealizować zamierzenia, musi mieć mocne argumenty – i takie miał. W przeszłości pokazał już, że ma dostęp do wiedzy danej nielicznym, a ujawniając fakt przebywania talibów w Kiejkutach i pozostawiając niedopowiedzianą kwestię, co stało się z 15 milionami dolarów, które CIA zapłaciło za pośrednictwem zastępcy szefa AW, pułkownika Andrzeja Derlatki, Agencji Wywiadu i polskim politykom udowodnił też, że potrafi grać ostro. Ta sprawa nie została nigdy wyjaśniona, ale ludzie na wysokich stołkach wiedzieli już - że on wie. A teraz Lepper zyskał nowe, jeszcze potężniejsze argumenty. Przewodniczący Samoobrony był zdeterminowany, by wiedzę o kulisach kontraktu gazowego oraz związanych z nim łapówkach wykorzystać w sposób polityczny. Tym razem jednak nie dzieląc się informacjami - jak miał w zwyczaju - przed kamerami, lecz w sposób kontrolowany, używając metod nacisku i szantażu.

Były wicepremier doskonale rozumiał swoją epokę, widział, że o ile w mediach politycy często robili rejwach, o tyle potem, poza obiektywami kamer, w kuluarach, zawierali pakty i układy. Ich clou było czytelne: polemizujemy, niekiedy ostro, ale na gruncie prawa wy nie ruszycie nas, my nie ruszamy was.

Przez ponad dwadzieścia lat III RP tak to właśnie działało: z różnych stron było wiele pohukiwań, oskarżeń, a nawet gróźb. Zawsze jednak, gdy przychodziło do realizacji, zapadała cisza – bo w tej „zabawie” nie chodziło o to, by króliczka złapać, lecz gonić. W efekcie o ile tak zwana sprawiedliwość mogła się jeszcze od biedy upomnieć o szeregowego posła lub senatora, o tyle ludzie na wysokich stołkach byli już nietykalni. Leszek Miller, Józef Oleksy, Aleksander Kwaśniewski, Waldemar Pawlak, Bronisław Komorowski, Donald Tusk i dziesiątki innych, o których nadużyciach, a nawet przestępstwach mówiono miesiącami, tak naprawdę nigdy nie zbliżyli się nawet do ławy oskarżonych, bo zawsze wtedy, gdy trzeba było powiedzieć „sprawdzam”, współuczestnicy „gry” odchodzili od stołu. Miało to w sobie coś z teatru stworzonego na użytek opinii publicznej, w którym prawdziwe życie toczyło się nie scenie, lecz za kurtyną. 

Lepper wiedział i widział - bo widział to każdy, kto chciał widzieć - że przez ponad dwadzieścia lat III RP nie wykryto ani jednego sprawcy z wielu głośnych morderstw, nie odzyskano ani jednej złotówki ze zdefraudowanych i wytransferowanych za granicę miliardów złotych, nie wyjaśniono do końca ani jednej z dziesiątek najgłośniejszych afer. Widział i wiedział, jak machina prawa z trudem się obraca i to tylko w tę stronę i tylko wtedy, gdy ludzie na wysokich stołkach pozwalali, by się obracała. Widział i wiedział dość, by rozumieć, że w tym kraju sprawiedliwość się kupuje lub wymienia na „przysługi” - i był zdeterminowany, by do takiej właśnie „transakcji” doprowadzić. Wiedział o pieniądzach CIA i o politykach SLD, wiedział o tajnych kontach w Coutts Banku, Voglu, Kwaśniewskim i Millerze, wiedział o kontrakcie gazowym, Pawlaku i Tusku, wiedział wreszcie o Pro Civili i prezydencie Komorowskim, o którym informował go Janusz Maksymiuk, ważne ogniwo w tej potężnej przestępczej organizacji zwanej dla niepoznaki fundacją. Jednym zdaniem Andrzej Lepper wiedział dość, by w oparciu o tę wiedzę i wynikające z niej metody szantażu oraz nacisku, podjąć niebezpieczna, ale logiczną i konsekwentną grę. Grę, w której stawką miał być jego wolność, przyszłość i życie. Grę, która zaczęła się kilka lat wcześniej i którą zamierzał doprowadzić do samego końca.

Czy mógł wtedy przypuszczać, że ten koniec nastąpi tak szybko i że kilkanaście godzin później nie będzie już żył? 

sumlinski.com.pl

 

Autor: Wojciech Sumliński

Źródło: Mały Dziennik

10:13 29 listopada 2016

KOMENTARZE

  • Strach
    komentować. Nie warto się narażać.
  • @
    " Absolutnym i niezrozumiałym paradoksem jest, że mimo prowadzenia przez nich tak ewidentnie brudnej gry cała ta sprawa rozeszła się po kościach. Donald Tusk i jego koledzy z PSL mogli otwierać szampany, bo zrozumieli, że jeżeli Polacy uwierzyli w brednie o „sukcesie” w tej sprawie, to znaczy, że przy odpowiednim natężeniu propagandy uwierzą już we wszystko"
    POLACY NIE UWIERZYLI!! I DOSKONALE WIEDZĄ CO BYŁO GRANE...
  • Grunt to fakty...
    Na Ukrainie jest ŚwitAź. ŚwitEź jest na Białorusi.
  • @
    cyt:// jak tylko elementem gry zainicjowanej przez Rękasa i Podgórskiego, którzy zresztą sami byli w tej rozgrywce pionkami wykorzystanymi do robienia wrzawy. Gdy rejwach minął...//

    Rejwach to słowo klucz w śmierci Leppera.

    //jidyszyzmy leksykalne, czyli zapożyczenia wyrazowe. Jak widać z poniższych przykładów, są to często wyrazy potoczne (np. belfer, machlojka, rejwach)//
  • Trochę to mętne
    "Z podziękowaniem dla blgera Oscara, który podrzucił mi link do tego materiału - poniżej treść autorstwa Wojciecha Sumlińskiego"

    "Doskonale wiedzieliśmy o tym w ABW,"

    To W. Sulmiński był w ABW?
  • @PiotrZW 09:26:18
    "Szef Samoobrony znał wiele tajemnic, spraw opatrzonych klauzulą tajności i zamierzał zrobić z nich użytek. Zwłaszcza dwa z moich „kanałów informacyjnych”, zawodowo i towarzysko związane z Konradem Rękasem i Bolesławem Borysiukiem, do roku 2007 zarządzającym Samoobroną na Lubelszczyźnie i kierującym zespołem doradców Leppera, miały świetne rozpoznanie."

    O co tu chodzi? Co autor (W. Sulmińskic? agent ABW?) ma na myśli? A. Lepper "znał wiele tajemnic", ale autor też?
  • @PiotrZW 09:31:54
    "Przewodniczącym sejmiku został z ramienia Samoobrony Konrad Rękas, dziennikarz i samorządowiec z Chełma - człowiek mało ciekawy, który później złożył rezygnację z funkcji przewodniczącego wskutek afery ze sfałszowanym indeksem, obecnie funkcjonujący w środowiskach zbliżonych do zatrzymanego za szpiegostwo na rzecz Rosji Mateusza Piskorskiego. "

    Konrada Rękasa znam z tekstów na Neonie24 jako jednego z najinteligentniejszych analityków społecznych i politycznych, podobnie inteligentnym analitykiem jest Mateusz Piskorski. Gdyby autorowi (W. Sulmińskiemu? agentowi ABW?) chodziło tylko o wyjaśnienie śmierci A. Leppera, to by takich łatek nie przyczepiał.
  • @PiotrZW 09:54:05
    "Mając dwa świetnie ulokowane kanały informacyjne w kierownictwie Samoobrony, a nadto dysponując obszerną wiedzą spoza tych źródeł, już później, z dystansu, z niejakim rozbawieniem myślałem o przebiegu wątku lubelskiego seks-afery bo doskonale wiedziałem, że obciążające Leppera zeznania żony Piotra Podgórskiego i Agnieszki Kowal były niczym innym, jak tylko elementem gry zainicjowanej przez Rękasa i Podgórskiego, którzy zresztą sami byli w tej rozgrywce pionkami wykorzystanymi do robienia wrzawy."

    Ten fragment dobrze byłoby rozwinąć - to apel do Andrzeja Tokarskiego - gdyż sex-afera A. Leppera kojarzy mi się z nazwiskami Anety Krawczyk i Stanisława Łyżwińskiego, o Agnieszce Kowal i Piotrze Podgórskim pierwsze słyszę.
  • @PiotrZW 09:54:05
    "Ja zaś sam, dzięki dobrze ulokowanym informatorom, z perspektywy czasu, mogłem doskonale rozeznać się w mniej lub bardziej interesujących aspektach działań dotyczących tej znaczącej w pewnym okresie III RP partii politycznej."

    Jeżeli tak pisze W. Sulmiński, to on jest bufonem.
  • Wojciech Sumliński ujawnia nowe SZOKUJĄCE informacje o Andrzeju Lepperze
    https://www.youtube.com/watch?v=xGp8VF02cFU&t=2s
  • autor
    Wojciech Jasiński - minister Skarbu Państwa w latach 05-07 w rządzie PiS, skazał Polaków na najdroższy gaz w Europie! Jak to możliwe? W 2006 roku szef resortu zgodził się podpisać umowę gazową z Rosją bez dokładnej analizy projektu umowy Efekt? Do 2022 roku Polska zapłaci o około 18 miliardów złotych za gaz więcej niż inne państwa europejskie, które kupują ten surowiec z Rosji.
    - W 2006 roku minister Wojciech Jasiński zaakceptował umowę zawierającą niekorzystną formułę cenową, a jej konsekwencje są przeogromne. Chodzi o wieloletni kontrakt z Rosjanami na dostawę gazu do Polski. Jasiński wyraził na niego zgodę bez dokładnego zapoznania się z jego zapisami. "Ze względu na ograniczony czas do wyrażenia opinii, MSP nie miało możliwości analizy przekazanego projektu Umowy. Niemniej (...) wyrażam zgodę na zawarcie Umowy" - można przeczytać w piśmie z 15 listopada 2006 roku, podpisanym przez Jasińskiego. Następstwem pośpiechu i braku szczegółowej analizy skutków liczącego ok. 1000 stron kontraktu było zaakceptowanie 10-procentowej podwyżki cen gazu podyktowanej przez Rosjan.
    Sprawiło to, że Polska płaci obecnie dużo więcej niż nasi zachodni sąsiedzi. I choć szczegóły kontraktów gazowych objęte są tajemnicą, to szacuje się, że PGNiG płaci Gazpromowi obecnie ponad 500 dolarów za tysiąc metrów sześciennych surowca. Firmy z Niemiec, Francji, Włoch czy Austrii mają dużo niżższe stawki. Natomiast z wyliczeń MSP wynika, że do 2022 r., czyli końca obowiązywania niekorzystnych zapisów, wszyscy polscy odbiorcy gazu zapłacą przynajmniej o około 18 mld złotych więcej!
    Takiej informacji Sumliński nie podaje, pomija - Dlaczego!!!
    W tekście jest pełno ,,bałaganu" informacyjnego np; mocno obciążających informacji PO-PSL i słusznie, ale celowo pomija się potężne wały środowiska pisuarowskiego - Dlaczego!!!! Aferzysci z III RP - tak, ale pomija się aferzystów jeszcze gorszych z IV RP, próbuje się wtłoczyc, slogan pisowski, że wszystko co złe to komuna i peło, ale nie wspomina sie o drugich takich samych złodziei i antypolaków co stoją za aferą pzu, phs, FPS, FOZZ, Art,B upadkiem Ursusa, Stoczni Gdańskiej, PZL Mielca, itd. Przecież tak doświadczony dziennikarz jak Sumliński, powinien podkreślić, że POPIS i ich przybudówki to nic innego jak ustalenia Magdalenkowe pod patronatem usraelitów.
    Dlaczego Sumliński pomija inne fakty, staje po jednej stronie aferzystów i kolaborantów obcych wywiadów???
    Jeżeli już A. Lepper powziął taką wiedzę o łapówkach z kontraktu gazu rosyjskiego, (w co wątpię), to co ma do rzeczy zona Podgórskiego, Rękas, domki pod lublinem, jakiejś burdele itp. Póżniej pisanie o wiedzy Leppera, która mogłaby zatrząsnąć pół europy!!! Takie to wszystko nie dorzeczne, albo gaz ,,dunski", gdy duńczycy ,,swojego" gazu nie maja, tylko złoża przekazali na rzecz korporacji garbonosych z usraela?
    Uważam, że podawanie takich informacji w sposób wyjątkowo nie rzetelny i w sposób bałaganiarski szkodzi śp. A. Lepeprowi, wybiela pisuarowców, wspiera siły antypolskie zainstalowane w obecnych władzach. Nie mam czasu na szczegółową analize tego tekstu, może choć tyle wystarczy.
  • tylko pis i kurdupel są czyści wg pana Wojciecha Sumlińskiego
    jeden człowiek bez powiązań z innymi ośrodkami po za granicami kraju nic nie może, a banki ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich tez nic darmo nie dają. Historyjka godna Andersena, tylko życie jest prostsze. Pan Wojciech Sumliński to stary blagier.
  • @PiotrZW 10:08:00
    Przypomnę jakie wiadomości o Wojciechu rok temu w październiku umieścił na swoim profilu na facebooku Zbigniew Stonoga. Prawda czy nie, każdy sam oceni.

    „Naga prawda o agencie Sumlińskim.
    Specjalnie dla Was blokowany przez 3 lata materiał przyjaciół Sumlińskiego-przyjaciół których ta suka zdradziła o świcie.
    (Warto przeczytać całość i udostępnić)
    Wojciech Sumliński – winny czy ofiara?
    Według naszych informatorów 10 marca 2006 roku Wojciech Sumliński z Przemysławem Tomaszewskim , wówczas dyrektorem Casinoss Poland w warszawskim hotelu „Hayat” chcieli dotrzeć do Przemysława Gosiewskiego. Chodziło o propozycje zmian w ustawie hazardowej, opracowane przez polityków „starego garnituru” SLD – twierdzą nasi informatorzy.
    Ich zdaniem Sumliński i Tomaszewski chcieli zainteresować tymi propozycjami PiS. - Czy rozmawiali osobiście z Gosiewskim i czy skorzystał z tych właśnie propozycji zmian w ustawie, nie wiem. Ale według naszych informacji, przy tej ustawie kręcili się wówczas m.in. były skarbnik lewicy, Jan Huszcza i Jan Oczkowski, były szef Biura Spraw Wewnętrznych WSI – mówi nasz informator.
    70 tys. zł dla Giertycha?
    W grudniu miną cztery lata odkąd wszczęto śledztwo w sprawie płatnej protekcji dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego i byłego oficera WSW i WSI płk Aleksandra L. Obu postawiono zarzuty, jednak dotąd prokuratorzy nie postawili ich w stan oskarżenia. Sumliński w oczach opinii publicznej stał się ofiarą spisku prokuratury i ABW. Czy rzeczywiście jest ofiarą nagonki? Według prokuratury płk L. i Sumliński proponowali oficerom WSI pozytywną weryfikację za łapówkę. A biznesmenom, których nazwiska miały pojawić się w aneksie do raportu z weryfikacji WSI - wykreślenie z raportu. Mieli też oferować tajny aneks do raportu o WSI za pieniądze przedstawicielom spółki Agora. Dziennikarz i pułkownik mieli powoływać się na wpływy u dwóch członków komisji - Piotra Bączka (jednego z najbliższych współpracowników Antoniego Macierewicza) i Leszka Pietrzaka (b. prokuratora IPN).
    W światku dziennikarskim krąży plotka, że Roman Giertych, gdy podejmował się obrony Sumlińskiego w tej sprawie zażądał od niego 70 tys. zł. Gdy Sumliński zapytał, dlaczego tak dużo, Giertych miał odpowiedzieć, że gdyby był niewinny, broniłby go za darmo, a ponieważ jest inaczej, musi wziąć odpowiednio wysokie honorarium. I tyle zainkasował.
    Odkąd opinią publiczną wstrząsnęła wiadomość o próbie samobójczej Sumlińskiego 30 sierpnia 2008 roku, i jego pożegnalny list, opublikowany przez media, wszyscy współczuli jemu i jego rodzinie, że jest prześladowany, ponieważ naraził się służbom specjalnym jako dziennikarz. Czy rzeczywiście zarzuty prokuratury były bezpodstawne i czy Sumliński jest całkowicie kryształowym człowiekiem i dziennikarzem? Sprawa Sumlińskiego jaką zna opinia publiczna ma drugie dno. Okazuje się, że niektórzy dziennikarze znający Sumlińskiego i jego informatorzy niechętnie wypowiadają się na jego temat, a nawet są wstrzemięźliwi w ocenie kolegi, zwłaszcza w wystawianiu mu pozytywnej laurki.
    Podejrzane kontakty z WSI
    Dziennikarze zwracają uwagę na jego nieetyczne zachowanie – „wsypanie” informatorów, które praktycznie przekreśla wiarygodność dziennikarza.
    Sumliński w 2008 r. zeznał w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie, że akta gangstera „Masy” dostał „za przyzwoleniem” prokuratora Włodzimierza Blajerskiego. Prokuratura wszczęła w tej sprawie śledztwo, Blajerski po obciążających go zeznaniach Sumlińskiego został przesłuchany w związku z podejrzeniem ujawnienia tajemnicy służbowej. Grożą mu zarzuty.
    W swoim liście otwartym przed próbą samobójczą Sumliński „wsypał” też byłego szefa delegatury ABW w Lublinie, Tomasza Budzyńskiego. Napisał, że Budzyński był jego informatorem, że od niego wie o kulisach przydziału mieszkania dla obecnego wiceszefa ABW, płk Jacka Mąki i o konflikcie Budzyńskiego z Mąką. Publicznie „wsypał” informatora.
    - Sumliński poświęcił obu informatorów, byle on sam wyszedł obronną ręką. Gdzie zasady, etyka dziennikarska i zwyczajna ludzka przyzwoitość? – mówi nasz informator.
    Znajomi Sumlińskiego zwracają uwagę na jego zażyłe kontakty z oficerami WSI.
    - Był częstym gościem w karczmie „Uroczysko Zaborek” koło Białej Podlaskiej, której współwłaścicielem jest Jan Oczkowski, były szef Biura Spraw Wewnętrznych WSI. Sumliński urządzał tam swoje imieniny, urodziny, między innymi obchodził tam urodziny tydzień przed akcją ABW w maju 2008 r., podczas której przeszukano mieszkania jego, płk L., Bączka i Pietrzaka. Spotykał się tam z Józefem Oleksym, z płk Leszkiem Tobiaszem. Oczkowskiego poznał dzięki płk L. Jak wytłumaczy tak bliską zażyłość z oficerami WSI? – mówi znajomy Sumlińskiego.
    Opowiada, że w domu handlowym „Klif” przy ul. Okopowej w Warszawie Sumliński spotykał się często z Januszem Szumem, który z ramienia WSI robił interesy paliwowe z Rosjanami. Szum m.in. zabiegał latem 2007 roku by powstała spółka paliwowa British Petroleum z Rosjanami. Sumliński bardzo dobrze zna się też z kolegą płk L., Kazimierzem Szulowskim, właścicielem firmy Eduka, która zajmuje się m.in. doradzaniem Ministerstwu Oświaty.
    Małgorzata Subotić napisała w „Rzeczpospolitej” (9—10 sierpnia 2008 r.) w artykule o Sumlińskim „Człowiek, który chadzał na skróty”, że po upadku „Życia” Sumlińskiemu w znalezieniu pracy pomagał Oleksy. Oleksy powiedział „Rzeczpospolitej”, że „nie pamięta tego, ale nie zaprzecza”.
    Zastanawiająca jest wieloletnia znajomość Sumlińskiego z płk Aleksandrem L.
    - W 2005 r. płk Aleksander L. urządził 60-te urodziny. Było na nich około 300 osób, ludzie ze służb PRL, z biznesu, politycy lewicy. Był też płk Tobiasz i Sumliński – mówi nasz informator.
    Sumliński, według naszych informatorów, od kilku lat robił różne interesy z płk L., niektóre są obecnie przedmiotem zainteresowań prokuratorów. Obracał się na co dzień w towarzystwie byłych oficerów WSI, a z drugiej strony z ludźmi z prawicy. Od płk L. marszałek Komorowski dowiedział się, że Sumliński może zdobyć aneks do raportu o WSI. Wówczas postanowił skorzystać z okazji. Gdyby nie miał takich informacji, nie rozmawiałby na ten temat ani z L., ani Tobiaszem. Pozyskanie tajnego dokumentu oprócz dostępu do wiedzy, skompromitowałoby zarazem Komisję Weryfikacyjną WSI.
    - L. i Sumliński byli na stopie przyjacielskiej, odwiedzali się nawzajem w swoich domach, razem gościli, bardzo często byli widywani w ekskluzywnych restauracjach hoteli „Sheraton”, „Holiday Inn” i in. Ludzie z tak różnych światów - szpieg WSW, szkolony przez KGB i ultraprawicowy doświadczony dziennikarz śledczy- tak się nie zbliżają. Połączyły ich wspólne skłonności do interesów, inaczej znajomość ludzi z tak innych światów nie przetrwała by tyle lat i nie byłaby tak zażyła. To byłoby niemożliwe. Teraz Sumliński twierdzi, że tylko wyciągał od płk L. i innych oficerów WSI informacje. L. to wyszkolony w Moskwie szpieg, nie dałby się wodzić za nos przez kilka lat dziennikarzowi - mówi znajomy Sumlińskiego. I dodaje: - Czy nie jest zastanawiające, że Sumliński po zatrzymaniu przez ABW aż do chwili obecnej nie powiedział nic, de facto literalnie nic, co obciążałoby płk L.? A przecież to on go rzekomo wplątał w aferę, powołując się w rozmowie z marszałkiem Komorowskim na znajomości Sumlińskiego w Komisji Weryfikacyjnej. Tak łatwo mu Sumliński wybaczył, choć Tobiasza nazwał w „Kwadransie po ósmej” w TVP1 „bydlę”, a i Komorowskiemu nie szczędził ostrych słów? Pozwał nawet marszałka do prokuratury w związku z rozbieżnością jego zeznań z Tobiaszem. Płk Aleksandra L. w ogóle nie wymienia w wypowiedziach. Czym sobie płk L. na ta to zasłużył? Może po prostu zbyt dużo wie? – mówi znajomy dziennikarza.
    - Podczas konfrontacji w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie płk L. i Sumliński wzajemnie się oskarżali o kierowanie wspólnymi interesami – mówi inny nasz informator, ze specsłużb.
    Chadzał na skróty?
    W swoim liście otwartym Sumliński pisze, że przyjął pieniądze od płk L. na „zorganizowanie leczenia żony płk L. Małgorzata Subotić napisała, że Sumliński twierdzi, że je zwrócił, ale w prokuraturze jest jedynie pokwitowanie ich odbioru, ale zwrotu - nie ma.
    - Zastanawiające dlaczego Sumliński opowiadał płk L. o swoich kontaktach dziennikarskich – o Bączku i Pietrzaku z Komisji Weryfikacyjnej WSI. Czy Sumliński był w porządku w stosunku do nich, którzy jako dziennikarzowi mu ufali? Tym bardziej, że wiedział, że L. był w WSW i WSI i był szkolony w Moskwie przez KGB. Po opublikowaniu raportu z likwidacji WSI nie mógł mieć złudzeń, kim jest L., a raport dobrze znał, bo to była jego „działka” zainteresowań. Mimo to nadal utrzymywał z L. bardzo zażyłe kontakty. Dlaczego ich nie zerwał, nie przeszkadzało mu moskiewskie wyszkolenie L.? – dziwi się nasz informator.
    Sumliński w swoim liście otwartym do mediów sugeruje, że z płk Aleksandrem L. skontaktował go Tomasz Wołek, w okresie, gdy pracował on w „Życiu”. W artykule „Człowiek, który chadzał na skróty” Małgorzaty Subotic Wołek zaprzecza temu. – Nie miałem wtedy zielonego pojęcia o istnieniu jakiegoś płk L. – twierdzi Wołek.
    Jeśli Wołek mówi prawdę, że nie kontaktował Sumlińskiego z płk L., to kto i gdzie poznał go z płk L.?
    Cztery mieszkania, cztery samochody
    Interesujący jest wątek majątku Sumlińskiego.
    - Sumliński występuje w kilku przedsięwzięciach biznesowych, ma cztery mieszkania na podstawione bliskie mu osoby. M.in. trzypokojowe na nowym osiedlu przy ul. Wrzeciono na Żoliborzu i kawalerkę przy ul. Popiełuszki, gdzie urządził sobie siłownię. Wiedzą to prokuratorzy z Prokuratury Okręgowej w Warszawie. A do kolegów dziennikarzy Sumliński narzeka, że nie ma za co żyć… Bogdan Rymanowski wpłacił na jego konto 10 tys. zł. – mówi nasz informator.
    Jak podkreśla, Sumliński jeździ nową skodą octavią. Jeździł niedawno także innymi luksusowymi autami, m.in. sześcioosobową hondą „full wypas”. Auta – skody oktawie - miały także jego żona i siostrzenica, która, oprócz trójki małych dzieci Sumlińskiego, była na jego utrzymaniu.
    Małgorzata Subotić pisze w swoim artykule o Sumlińskim, że po urodzeniu trzeciego dziecka jego żona przestała pracować. Na całą rodzinę zarabiał Sumliński.
    - Skąd miał pieniądze na mieszkanie przy ul .Wrzeciono, które wówczas wykańczał, na kupno kawalerki przy ul. Popiełuszki, na wykańczanie domu w Białej Podlaskiej, na samochody? Nawet, jeśli część z tego majątku ma na kredyt, spłacanie kredytów to poważne obciążenie budżetu domowego – zastanawia się znajomy dziennikarza.
    - Kolegom mówi, że te auta ma dzięki znajomości z jednym dealerów samochodowych. Chodzi o Pol-Mot Autoryzowanego dealera Skody. Wojtek ma podobno fuchę w Pol-Motcie – mówi jego znajomy. - Ma kilka kart kredytowych, w tym złotą. Taka kartą nie posługuje się pierwszy lepszy dziennikarz. Jego rodzina żyje ponad stan. Za co? Sporo o finansach Sumlińskiego wie płk L. – dodaje.
    Dziennikarz - pijarowiec
    16 grudnia 2008 roku „Newsweek” opublikował artykuł o Wojciechu Sumlińskim „W dziennikarskiej skórze”. Napisał, że firma Sumlińskiego zajmowała się obsługą PR-owską jednej z największych elektrowni w Polsce - Kozienice. „Okazuje się, że Sumliński ma więcej trupów w szafie - kolejny to zarabianie na działalności PR-owskiej. W marcu firma dziennikarza zaczęła wspierać elektrownię Kozienice należącą do prywatyzowanego właśnie koncernu Enea. - Umowa obejmowała analizy materiałów prasowych dotyczących rynku elektroenergetycznego oraz współdziałanie w zakresie kształtowania pozytywnego wizerunku spółki – potwierdził „Newsweekowi” Grzegorz Mierzejewski, rzecznik elektrowni Kozienice. (…) Sumliński w całej sprawie nie widzi problemu (choć na wszelki wypadek usiłował nas straszyć konsekwencjami opublikowania tekstu, który mu się nie spodoba). Twierdzi, że dokument podpisała jego żona jako pełnomocnik jego firmy i to ona pomagała pracownikom biura prasowego elektrowni”.
    Prywatyzacja Elektrowni Kozienice odbyła się za czasów SLD. Ciekawe, kto załatwił „dojście” żonie Sumlińskiego, Monice, do Elektrowni, że tak duża firma powierzyła trudne zadanie młodej kobiecie, bez żadnego doświadczenia w branży PR? Ciekawe na czym de facto polega „doradzanie zespołowi prasowemu” Elektrowni i ile za to inkasowali Sumlińscy?
    Zastanawia, że dziennikarz zajmujący się losem ks. Popiełuszki, aferami Megagazu, paliwową itp. zarazem uprawia PR.
    Dziwne interesy
    To nie jedyny biznes Sumlińskiego. Do niedawna był członkiem rady nadzorczej Przedsiębiorstwa Turystyczno-Handlowego „Trybunalskie” S.A. –
    Hotel „Podklasztorze”. Ciekawe, że nadzór właścicielski nad tym przedsiębiorstwem sprawuje Ministerstwo Skarbu Państwa.
    Z Rafałem Szmytke, prezesem Polskiej Organizacji Turystycznej, są właścicielami dwóch ciężarówek TIR.
    Sumliński doradza też m.in. biznesmenowi Andrzejowi Perczyńskiemu, występującemu w aferze PZU. Plotka głosi, że Perczyński wpłaca (w każdym razie wpłacał) na konto Sumlińskiego 5 tys. zł miesięcznie.
    - Sumliński stał się ofiarą własnych intryg, a wiedząc, że w areszcie mogą z niego wyciągnąć wiele grzechów, zagrał „samobójstwo”. Gdyby chciał naprawdę się zabić, poszedłby nad Wisłę, jak Piotr Skórzyński, a nie robił manifestacji w kościele, gdzie pełno ludzi. Podobno pomysł z zagraniem samobójstwa podsunął mu jeden z jego adwokatów. Według mnie Sumliński z premedytacją zagrał na uczuciach ludzi, także kolegów-dziennikarzy. Dlaczego tak bał się aresztu, skoro informacjami, jak twierdzi, nie handlował? – mówi nasz informator.
    Może Sumliński bał się też, że wyjdą inne dawne ich wspólne interesy, o których mówi się w świecie dziennikarskim?
    - Według mnie list otwarty Sumlińskiego jest wyreżyserowany, teraz tak go widzę. Gdy się w niego wczyta, widać, że jest precyzyjnie przemyślany, wcale nie spontaniczny – jest w nim wszystko, co z jego punktu widzenia powinno się znaleźć, ukazane w taki sposób, by przedstawiało go jako ofiarę, jednocześnie wiąże z jego osobą kolegów-dziennikarzy – nie ominął żadnego szczegółu z współpracy z tymi dziennikarzami, który przemawia na jego korzyść. Skąd ta pedanteryjna szczegółowość i w ogarniętym rozpaczą człowieku? Ludzie, którzy chcą sobie odebrać życie piszą krótkie pożegnanie, a nie elaborat – mówi nasz informator ze spec służb.
    - Wszyscy obrońcy Sumlińskiego po jego aresztowaniu przez ABW kierowali się dobrą wolą, współczuciem, nie znali niektórych szczegółów z jego życia – mówi znajomy Sumlińskiego.
    Według niego Sumliński bywa ciepłym, przyjaznym „misiem”, zwłaszcza, gdy kogoś potrzebuje, bardzo szybko skraca dystans psychologiczny i jest niezwykle przekonywający, wręcz ujmujący. Ma jednak także drugą twarz.
    - Tym ciepłym wizerunkiem i socjotechniką zjednał sobie m.in. wielu duchownych, a nawet bardzo ważnych polityków prawicy – mówi jego były kolega.
    Sprawa podsłuchów podtrzymała wizerunek Sumlińskiego jako prześladowanego dziennikarza - prokuratura działała pod dużą presją opinii społecznej, która mu współczuje. Prawda jest taka, że podsłuchiwano Sumlińskiego, a dziennikarzy tylko z tego powodu, że między innymi oni do niego dzwonili. Tymczasem przekazom medialnym nadano taki kontekst – że celowo podsłuchiwano konkretnych dziennikarzy, a przy okazji”.Sumlińskiego „
  • @PiotrZW 10:08:00
    Nieźle jedziecie sobie dzisiaj z Sulmińskim, a PiotrZW jest wyjątkowo aktywny. Sulmiński to nie PiotraZW, ani nie NEonowa bajka. Proponuję przed skomentowaniem jego słów o sobie:--- " "Ja zaś sam (Sulmiński), dzięki dobrze ulokowanym informatorom, z perspektywy czasu, mogłem doskonale rozeznać się w mniej lub bardziej interesujących aspektach działań dotyczących tej znaczącej w pewnym okresie III RP partii politycznej." ---- Jeżeli tak pisze W. Sulmiński, to on jest bufonem.----- Więc proponuję Ci przed napisaniem podobnego komentarza o Wojciechu Sulmińskim wypić szklankę zimnej wody
  • @
    Dodałbym jedno (nie mając wiedzy ale rozsądek):
    - czy polityk(!) popełniłby samobójstwo PRZED wyborami, w których mógł dużo "ugrać"?
    PO, gdyby przegrał, wypadł poza nawias i do tego miał długi, OK. Ale nie PRZED.

    No i zemścił się na nim (prawdopodobnie) brak zaufania do Internetu: nie założył sobie "gdzieś" "mechanizmu martwej ręki", aby w przypadku, gdy przez jakiś czas czegoś NIE zrobi, zostały opublikowane (szeroko, aby nie można ich ukryć) "kwity", które posiadał...
  • @ewinia 12:37:50
    Sumliński i Gadowski to amerykańskie szpiegi.
    Czytałem o nich na Russia Today...
  • @ewinia 12:37:50
    Michalkiewicz i Braun to ruskie szpiegi - czytałem na Debka File
    A pomiędzy nimi bryluje Jabłonowski - Szpieg z Krainy Deszczowców.
  • @ewinia 12:37:50
    tutaj zbiorowy lament ,nagranie chyba z 2008 r.

    https://www.youtube.com/watch?v=YZyOj2jl-lQ


    Jak powiedziała żona Wojciecha Sumlińskiego, jej mąż podciął sobie żyły w kościele, do którego wszedł - jak jej powiedział - by się pomodlić. W tym czasie ona poszła po zakupy. Z jej relacji wynika, że jedna z modlących się w kościele kobiet wezwała pomoc, gdy zauważyła zakrwawionego człowieka.
    Dziwnym trafem był to kościół sw.Kostki ,a z proboszczem byli zaprzyjaznieni .
  • @laurentp 16:06:17
    "Mechanizm martwej ręki" w internecie ? Nie słyszałem o takich usługach. Ktoś je oferuje, czy trzeba pisać własny skrypt ?
    Pozdrawiam:
  • Ciekawe czy ten pan Sumiński wie,
    co się dzieje z Anetą Krawczyk? Ten wątek mnie interesuje a nie podżeganie przeciwko partii Zmiana i jej zwolennikom, czynienie z Mateusza Piskorskiego ruskiego agenta ( nie ma dotychczas takich zarzutów).
    Kogo ma PiS przeciwko sobie? PO, Nowoczesna, SLD, PSL, Razem - u społeczeństwa te partie nie budzą zaufania.
    Tzw. ruchy narodowe? Skłócone.
    Jak widać, pisiory boją się tylko M. Piskorskiego, Rękasa i Leppera zza grobu.
  • @lorenco 18:53:50
    http://www.sumlinski.pl/wp-content/themes/sumlinski-theme/images/index-body-bg.jpg
    Jadą po niezwykłym człowieku Sulmińskim jak po burej suce, a ty wyjeżdżasz z bardzo ciekawym wątkiem Anety Krawczyk, która za pracę w Radomsku dała doopy takim dwóm, którzy taką pracę mogli jej załatwić, to jest Łyżwińskiemu i Lepperowi. I czym tutaj się dalej interesować, chyba nie tym, kto jest ojcem jej trojga dzieci. Miała kobieta problem, poradziła sobie i tyle.
    A o Ruchy Narodowe to się nie martw, damy radę. 11 listopada pokazał jak jesteśmy skłóceni.
  • @Jeremi 20:00:21
    Jeśli ktoś jedzie po tym człowieku, im pan odpisuj. Ja się zapytałem co się dzieje z Anetą Krawczyk, czy pan Sulmiński to wie.
    Jeśli dla pana, pan Sulmiński to niezwykły człowiek, pana sprawa.
    Ja nie odczuwam takiej miłości i chyba mogę? Czy nie mogę?
  • @ewinia 12:37:50, All
    ....znam drugą twarz Wojciecha Sumlińskiego, pisałem o tym kiedyś w komentarzu pod Pani notką.
    Tekst umieściłem więc nie z miłości do Sumlińskiego - któremu nie ufam - lecz dla przedstawienia takiego nie innego spojrzenia na sprawę. Nie dlatego, że wyczerpuje ono zagadnienie - tylko dlatego, że poszerza ono obraz sprawy o strefę do tej pory nieznaną opinii publicznej.

    Znam i pamiętam również historię politycznego zniszczenia Andrzeja Leppera przez Ziobrę i Kaczyńskiego - to ich w sposób oczywisty obciąża. Było to posunięcie, bardzo szkodliwe i dla samego zainteresowanego - i dla dobra kraju - przez usunięcie z życia politycznego bardzo zaangażowanego patriotycznie polityka.
    Warto jednak pamiętać o wypowiedziach samego Andrzeja Leppera, który niedługo przed śmiercią przyznawał rację Jarosławowi Kaczyńskiemu. Prawdopodobnie miało to związek z ową wiedzą niejawną, którą pozyskał - i która stała się przyczyną jego śmierci.

    Podsumowując: nie przesądzam, że Sumliński ma rację całkowicie, częściowo, czy nie ma jej wcale - tylko że spojrzenie na sprawę śmierci człowieka, którego niezmiernie szanowałem i szanuję - może wyglądać również - może częściowo tak, jak to przedstawił Wojciech Sumliński.

    Wszystkim oczywiście dziękuję za komentarze

    Andrzej Tokarski
  • @slawomis 18:34:59
    Im bardziej niestandardowe, "autorskie" rozwiązanie, tym mniej podatne na "rozgryzienie przez (wiadome) służby".
    A programistów jest dostatek...

    Dziś funkcjonują takie usługi jak VPS i "cloud" ("chmura"), można by na ich bazie coś budować. VPS oferuje choćby... Rosja ;p.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930