Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
143 posty 1388 komentarzy

att

Andrzej Tokarski - się zobaczy

Sędzia Żurek - EKWILIBRYSTA

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

czyli - o ewolucji judeomaestrii

 

      Wydaje się,że ten znany podstawowy podział specjalizacji prawników, w szczególności sędziów: na Karnistów – i Cywilistów – za sprawą sędziego Żurka – odchodzi w niebyt. Pojawia się nowa nisza judeomaestrii, nowy dział, można nawet powiedzieć: nowa, wyższa (aż chciałoby się rzec: talmudyczna...) szkoła wtajemniczenia prawniczego: Ekwilibrystyka prawnicza. Można pojęcie rozszerzyć: Niezawisła Ekwilibrystyka Prawnicza. Sztuka będąca celem samym dla siebie, coś na kształt niesłusznie zapomnianej Czystej Formy Mistrza Witkacego.

 

Bohater naszej opowiastki nie od dziś bryluje w mediach – tłumaczy nam maluczkim zawiłości prawa, naświetla dlaczego Trybunał Nasz jest dobry – a nieNasz - straszny i faszystowski, wyjaśnia istotę pojęcia niezawisłości sędziowskiej.

Trójpodziału władzy.

Pozornej jedynie sprzeczności między niefortunnością publicznego używania pojęcia „najwyższa - doskonała kasta” - a w istocie głębokiej jego słuszności wobec osób tak wybitnych jak choćby sędzia Żurek i jego koleżanki i koledzy. Wywody swe Pan Sędzia ubogaca poważnym zatroskanym spojrzeniem – powodującym samo przez się szacunek dla wiedzy i poświęcenia z jednej – a ciężaru i wagi misji niesienia owego nielekkiego przecież kagańca (pod żadnym pozorem nie poprawiać) wiedzy prawniczej między ciemny tubylczy lud.

 

Z wywodów pochylonego w głębokiej zadumie nad Monteskiuszem sędziego Żurka możemy dowiedzieć się wiele nowych rzeczy, często dotąd na naszych stepach nieznanych, np.: wreszcie w przystępny sposób została wyjaśniona istota zasady trójpodziału władzy. Do tej pory ciemny tumult myślał – o ile w ogóle myślał – że zasadza się ona na równowadze trzech ośrodków władzy – celowym związaniu ich węzłem wzajemnej zależności – by wzajemnie kontrolując się, wpływały na siebie – chroniąc siebie nawzajem – i zarazem ustój Państwa - w ten sposób przed zjawiskami patologicznymi. Tyle w skrócie o gruntownie błędnym, jak się okazuje, pojmowaniu owej idei.

 

Prawdziwe znaczenie przedstawił nam sędzia Żurek. Otóż, z tego co zrozumiałem, trójpodział władzy polega na tym, że władza sądownicza sprawuje całkowity nadzór nad władzą ustawodawczą i wykonawczą – natomiast władze ustawodawcza i wykonawcza nie tylko nie mają żadnego nadzoru nad władzą sądowniczą – ale nawet nie mają śmieć myśleć o jakimkolwiek nadzorze. Z tego jakże głębokiego i słusznego wywodu na temat Monteskiusza wywodzi się się w sposób powiązany, następny: na temat niezawisłości władzy sądowniczej. Ta zasadna idea zastosowana do orzekania – rozciągnięta na cały zakres aktywności sędziów, podparta immunitetem w zakresie nijak się mającym do wykonywanej funkcji, wewnątrzkorporacyjnym orzecznictwem dyscyplinarnym i karnym pozbawionym jakiegokolwiek zewnętrznego nadzoru – wyradza się we własną karykaturę. W tej postaci degeneruje się w wyspę bezprawia w państwie prawa. Niezawisłość sięga absurdu, patologie mnożą się w postępie geometrycznym – ale nie wolno o tym mówić, nie wolno krytykować – nade wszystko nie wolno poddawać ocenie z zewnątrz i - nie daj, Boże Prawników, – represji karnej. Tak to z wywodów sędziego Żurka można wydedukować. Żyć nie umierać, prawniku...niebiańskie bezkresne pastwiska na tym łez padole...

 

Szczęśliwie wydaje się, że po stronie Ministerstwa Sprawiedliwości „doskonała kasta” znalazła godnych przeciwników i jeżeli nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, towarzystwo wzajemnej nieustającej adoracji zostanie sprowadzone na ziemię – czyli do funkcji wobec Społeczeństwa SŁUŻEBNEJ. Płatnej z publicznych pieniędzy służby publicznej – odpowiadającej – jak każdy służący przed swoim pracodawcą cywilnie, etycznie, dyscyplinarnie – a jak trzeba to i karnie. Wtedy sprawy znów będą postawione jak należy – nie na głowie. Taką mam nadzieję – czy słusznie? - czas pokaże.

 

Do wywodu o sędzim Żurku i Ekwilibrystyce prawniczej bezpośrednio skłonił mnie przypadek sędzi Marii Bratke i komentarz Pana Sędziego Żurka wyjaśniający istotę rzeczy – na tyle kuriozalny, że zasługujący na uhonorowanie niniejszym tekstem.

 

Rzecz powszechnie znana, nazwiska padły w przestrzeni publicznej, więc podając je niczego nowego nie wprowadzam. Pani sędzia po trzech latach ciężkiej orki na ugorze prawniczo-sędziowskim pod czujnym opiekuńczym okiem (asystentka) sędziego Milewskiego, dobrego znajomego Katarzyny Wielkiej, po wydaniu kilku bardzo kontrowersyjnych wyroków (min w sprawie znanego dobrodzieja Sopotu prezydenta Karnowskiego, którego uniewinniła) tak dalece zapadła na zdrowiu, że w wieku lat 37 – wylądowała – nie, nie , wcale nie na zwolnieniu, też nie w sanatorium – lecz na emeryturze. Głodowej, bo w wysokości ok 6700zł. Po trzech latach harówy.

 

I pan sędzia Żurek, rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa, nam tę rzecz wyjaśnił. Właśnie tak jak wyżej napisałem, choć oczywiście nie tymi słowami. Pan sędzia ze znaną nam już troską w oczach opowiedział ludowi o ciężkiej stresującej pracy sędziów, o ogromnej odpowiedzialności – i oczywistej w razie uszczerbku na zdrowiu opiece roztoczonej przez KRS nad słabującą panią sędzią - prostej i szybkiej ścieżce na emeryturę. Opowiedział tę historię temu samemu narodowi, który dopiero co próbowano zapędzić do kieratu od 6 do 67 roku życia bez żadnej perspektywy na godną emeryturę. Tak nam sędzia Żurek sprawę przystępnie wyłożył.

 

A ja sobie wtedy pomyślałem: co to kurwa jest? Ile razy będziemy musieli słuchać takiego kitu? Słuchać grzecznie bez możliwości jakiejkolwiek reakcji, bez prawa sprzeciwu? Kitu, który wciska nam facet, którego sowicie opłacamy z naszych podatków. Który wykształcił się najpewniej na studiach dziennych – więc opłaconych z naszych podatków. Na uczelni którą zbudowaliśmy z naszej pracy i z naszej pieniędzy – po to by tam kształcili się ludzie, którzy będą naszym wsparciem.

Jakim wsparciem są sędziowie, czy ogólnie prawnicy, to przecież wiemy. Widzimy to na każdym kroku, szczęśliwie wreszcie coraz częściej w mediach. Kto nie widzi, niech zapozna się z kodeksami etyki różnych korporacji prawniczych. Są tam zapisane dwie istotne zasady etyczne: po pierwsze członkowie korporacji zawsze winni się wspierać, po drugie kasa musi się zgadzać. Reszta tekstu, to z grubsza zwroty retoryczne podane w polewie ogólnikowych banałów.

 

Możemy na własne oczy zobaczyć, że na przykład etyka - do etyki prawniczej, czy logika - do logiki prawniczej ma się tak jak w osławionym przykładzie. O podobieństwie krzesła do – krzesła elektrycznego.

 

Widzimy sędziów uwikłanych w mętne geszefty, cierpiących na chroniczny niedowład umysłowy połączony z amnezją, innych lejących to tu to tam, widzimy całe układy prawniczo-przestępcze żerujące bez żadnych zahamowań na tym co jeszcze zostało do rozgrabienia. Kłamiących dzień po dniu publicznie z miedzianym czołem, bez mrugnięcia okiem. Zainteresowanych wyłącznie prywatnym zyskiem.

 

I tak sobie myślę, że miejsce tych prawników rzeczywiście jest na sali rozpraw – tylko trzeba zrobić jedną rzecz: odwrócić stół sędziowski. I ich sprawiedliwie osądzić - i ukarać – zgodnie z zasadą „im większa władza, tym większa odpowiedzialność”. Kto to w Polsce zrobi – godzien jest chwały i wdzięczności.

 

Kończąc już o sędzim Żurku i innych ekwilibrystach: przypomniał mi się taki stary dowcip o facecie, który próbował się wcisnąć poza kolejką. Ktoś mu powiedział: niech Pan stanie na końcu! Facet odrzekł: nie jestem akrobatą.

 

Odnoszę więc wrażenie, że „kasta doskonała”, pan sędzia Żurek, sędziowie Rzepliński, Biernat, Tuleja, Milewski, pani Gersdorff - i wielu, wielu innych – tak dalece opanowali sztukę stania na końcu, którą ja tu zdefiniowałem jako Ekwilibrystykę Prawniczą – że ta pozycja stała się dla nich naturalna. Nie dostrzegają jej absurdalnej dziwaczności. Zaś każdego, kto wskazuje im że z tej pozycji nie widać rzeczywistości – są gotowi zrównać z ziemią.

 

Więc w trosce również o ich równowagę trzeba ich co najprędzej na ziemię sprowadzić. Jeśli „doskonałą kastę” zaboli, to dobrze – znaczy, że się udało.

KOMENTARZE

  • Generalnie sądy w Polsce są do wymiany !
    Opcja zero ! zwolnić wszystkich i postawić na młodych sędziów !
    Słowianie ! zaczynam rozumieć rewolucjonistów że się nie patyczkowali .
    !
    Ireneusz Tadeusz Słowianin Lach ! Europa i świat jest kolonizowany przez
    żydo-lewactwo .
  • Winne są uczelnie i promotorzy, którzy dali tytuły prawników Kaczyńskim, Ziobrze,, Kępie itp
    Powinni przynajmniej tak jakl Maerks najpierw powiedzieć czego chcą a później budować infrastrukturę prawniczą do faszystowskiej dyktatury i sprecyzować jej transformację w demodyktaturę. A w Polsce najpierw zafundowano front jedności narodowej we wsparciu odkrytej naszości (bliźniaczej) wojny z Irakiem i na żądanie Abrahama Foksmana wsparto ją popisowo i sekxlewic wo gebelsowskimi kręgami podejrzeń i na Lepera i Giertycha Mariusza Kamińskiego gruntowym ziobrohakiem rofanując dla trwałości demodyktatury fałszywych autorytetów Wawel zwłokami pokatstrofalnymi pary władcy kręgów podejrzeń mocy i jego damy dla kopulacji in vitro łaskawej za zgodą pobermanowskioego Episkopatu.
    Najpierw trzeba wymienić wszystkich politykow!
  • @telewidzacy 11:30:10
    chcesz powiedzieć, że za stan sądownictwa w Polsce odpowiadają Ziobro z Kaczyńskim?
    - tak się zastanawiam: ordynator się zlitował i dostałeś przepustkę?

    czy - raczej

    - włamałeś się do świetlicy oddziałowej i znalazłeś tam komputer?...
  • @Andrzej Tokarski 12:51:21
    Raczej to ostatnie. Pzdr! I 5+!
  • @Andrzej Tokarski 12:51:21
    Jarosław Kaczyński – mistrz gry w salonowca. Nie ma takich określeń, jakimi zwolennik Jarosława Kaczyńskiego mógłby wysłowić swoją wobec niego zapamiętałość, nie popadając jednocześnie w profanację czy bluźnierstwo, jak to zdarzyło się jednemu szlachetce, któremu w szale pragnienia podlizania się magnackiemu potentatowi przyszły na myśl, a następnie przeszły przez gardło słowa, porównujące Radziwiłła czy innego Potockiego do Pana Boga. Co tam do Boga – do Trójcy Świętej! Podobnie jak nie ma takich słów w wokabularzu człowieka dobrze wychowanego (to rzecz jasna z filmu „CK Dezerterzy”), za pomocą których antagonista prezesa mógłby wyrazić swoją wobec niego idiosynkrazję. Krótko mówiąc – pan Kaczyński budzi skrajne emocje i oceny. Nie ma w tym, rzecz jasna, nic złego. Zwłaszcza w przypadku polityka, bowiem ten, gdyby budził tylko emocje pozytywne lub tylko negatywne, albo, co najgorsze, w ogóle by ich nie budził – zerem byłby.

    Jarosław Kaczyński jest wirtuozem w politycznym fachu. Takie opinie krążą o nim i nie są to opinie przesadne. Trzeba znać się na swojej robocie, aby z takiej postaci jak np. pan poseł Brudziński wystrugać osobę nr 2 w rządzącej partii, z nadzieją na sukcesję po osobie numer 1, oraz wytoczyć z niej jednego z najtęższych polityków w państwie – na równi z panem profesorem Terleckim!

    Inna sprawa, trzeba też mieć specyficzne poczucie humoru, a może raczej: nietuzinkowe spojrzenie na społeczeństwo, którym się rządzi, żeby obdarzyć naród – niby to tak bardzo przez siebie szanowany – tak dosadnym Incitatusem, jak pan poseł Brudziński. Wprawdzie historia mówi, że cesarz Klaudiusz – następca Kaliguli, który zdobył się na taki okrutny żart z demokracji i wprowadził do senatu konia, sprowadził życie Incitatusa do stosownych dla konia rozmiarów (do tej pory „senator” żył w marmurowej stajni i żarł z marmurowego żłobu), a nawet udało się mu wyprowadzić zwierzę z sejmu… tzn., oczywiście z senatu – ale czy to zdrowa kalkulacja i godna ludzi wolnych – cierpliwie czekać, aż pojawi się rozsądny, nowy imperator?

    Poza tym – to z kolei a propos Terleckiego, chociaż nie tylko – kilka innych osób, których, idę o zakład, pan Kaczyński nigdy by nie zatrudnił, gdyby musiał im płacić pensje z własnych pieniędzy – wcisnął pan prezes w wąski krąg najważniejszych osób w państwie. I to jest druga, podstawowa przyczyna, dla której pan Jarosław Kaczyński stoi dziś samotnie, acz zwycięsko, na placu boju: nie uiszcza za rozrywki – których nam, chcących tego czy nie, dostarcza – z własnej kieszeni. Tylko z naszej. Bo gdyby to on płacił, raczej by się nie zdecydował na eksperyment otoczenia się taką ilością ciuli. Otoczyłby się najlepszymi, bo za swoje pieniądze człowiek chce mieć jak najlepszy towar, a ci najlepsi by go w pewnym momencie wysmoczyli. Zwłaszcza w dniach posmoleńskiej smuty. Bo taka jest polityka. Co zresztą widzimy, chociażby po tym, jak brutalnie traktuje prezes Polaków, skazując ich na oglądanie tylu sytych, pewnych siebie buc (z łac. buca – gęba), nie przejmując się kwestią smaku. Czy wysmoczenie Kaczyńskiego przez przyjaciół byłoby dobre dla Polski, czy stworzyłoby sytuację jeszcze gorszą niż ta, w której tkwimy? – O to w tej chwili mniejsza.

    Chwali się Jarosława Kaczyńskiego – upatrując kolejny dowód na jego wyborne zdolności taktyczne – za to, że wyciągnął rękę do opozycji, ofiarując jej liderowi wicepremierowską rangę, czyli: sekretarki, referentów, kierowców, kartę VIP-a, no i – last but not least – stosowne wynagrodzenie. Czyli zamiast trzech byłoby, w sensie ponoszonych przez nas kosztów, czterech wicepremierów. I tu znów daje znać o sobie fakt, że prezes – jak to mówiono drzewiej – nie ex substantia sua (ze swego) daje, ale ex nostra (z naszego) obdziela.

    Wracając jednak do oferty prezesa. Jej geniusz miałby polegać na tym, że przyjęta wprowadziłaby waśnie i walki w obozie „opozycji totalnej”: po prostu te wszystkie petru, schetyny, i ten facet w czerwonych gaciach i z kitką na głowie zaczęliby się zabijać (oczywiście w przenośni, broń, Panie Boże, inaczej!) w biegu do tak wykwintnego koryta. A w tym czasie będzie można spokojnie budować drugą Polskę… tzn. oczywiście nie drugą, tylko pierwszą, a tak w ogóle to ani drugą, ani pierwszą, tylko Polskę dobrej zmiany. A dla kogo ona będzie dobra? To się w swoim czasie okaże. Choć już dziś można bez obaw popełnienia błędu wskazać przyszłych beneficjentów. W niektórych przypadkach to nawet z imienia i nazwiska. Prof. Ryszard Terlecki, np. w nowym rozdaniu, jak zawsze, nie zbiednieje.

    Ale ta pomyłka (zapewne freudowska) z drugą Polską pozwala nam płynnie przejść do wyjaśnienia, dlaczego powyższej zagrywki prezesa nie uważam za genialną. Przede wszystkim nie jest to pomysł Kaczyńskiego, tylko jakiegoś wyższego rangą kacyka z czasów Edwarda Gierka (zbudujemy drugą Polskę!), który miał mówić, aby zamiast zwalczać opozycję demokratyczną, dać jej kilka stołków, a wtedy jej przedstawiciele sami się pozabijają w walce o oferowane im koryta. W latach 70., kiedy to padła ta propozycja, było jeszcze za wcześnie na takie posunięcie. Ale już pod koniec lat 80. XX w. okazała się strzałem w dziesiątkę – „okrągły stół” pokazał, że ten anonimowy towarzysz znał życie. Nie tylko sfer partyjnych, ale opozycyjnych również.

    Z faktu, że Kaczyński „ukradł” pomysł, nic zdrożnego nie wynika; w polityce, gdzie jak wiadomo „wor na worie”, nie takie rzeczy się podprowadza. Problem w tym, że te wszystkie zagrywki, którymi jesteśmy epatowani od ponad roku, są dobre, a nawet bardzo dobre, ale wewnątrz sitwy politycznej zwanej partią. Prezes pokazał, że jest wybornym graczem w takich podskórnych, wewnątrzpartyjnych rozgrywkach. W walce buldogów pod dywanem. Co raz któryś wypada spod niego, mocno pogryziony, ale nigdy nie jest to Jarosław Kaczyński. Na salonach politycznych, jakie tam one by nie były, prezes porusza się sprawnie i z gracją niczym primabalerina na scenie teatru Balszoj. Można powiedzieć, że ku swej rozrywce i wygodzie mechanizmy życia wewnątrzpartyjnego przeniósł na forum państwowe.

    Pan prezes to, co do tej pory uprawiał w zaciszu gabinetu przy ulicy Nowogrodzkiej, teraz czyni na oczach gawiedzi. Niech i ona ma coś z życia. Bo całą resztą my się zajmiemy. Co robił z podpadniętymi przydupasami ze swej partii, teraz robi z podpadniętymi politykami „totalnej opozycji”. Polityk przez nas wynajęty, aby zrobić to, co do niego należy. I nikt więcej. Mistrz gry w dupniaka.

    Nie piszę tego, aby kogokolwiek obrażać. Piszę, bo uważam, że – przynajmniej teraz – tak właśnie jest; ja w każdym razie, oprócz klepania w wypięte pośladki przeciwników politycznych, żadnych innych odgłosów walki dla naszego dobra nie słyszę.

    I już miałem kończyć ten tekst, gdy przypomniałem sobie, że nie wyjaśniłem, jaka jest pierwsza przyczyna sukcesów Jarosława Kaczyńskiego (druga to ta, że hojną dla swoich rękę trzyma w naszych kieszeniach). A ta pierwsza? Właściwie to wspominałem już o niej wielokrotnie. Ale powtórzę: tą pierwszą, podstawową to jesteśmy my, Polacy, mieszkańcy organizmu państwowego rozpościerającego się między Odrą a Bugiem. A ściślej mówiąc, nasza bierność, nasza kondycja duchowa, słaba, omdlała, obolała, zoperowana co najmniej po dwakroć: stanem wojennym, który zniszczył nasze nadzieje, oraz tzw. planem Balcerowicza, który zabrał nam chęć do życia. Jeśli dorzucimy jeszcze ćwierć wieku pedagogiki wstydu i praktyki pomiatania nami, to nie można się dziwić naszemu wycofaniu. A ponieważ natura, również ta polityczna, próżni nie znosi, więc na nasze miejsce coraz to przychodzą politycy z ofertą uchylenia nam nieba. Jarosław Kaczyński jest jednym z nich. http://warszawskagazeta.pl/polityka/item/4547-jaroslaw-kaczynski-mistrz-gry-w-salonowca
  • @Andrzej Tokarski 12:51:21
    http://warszawskagazeta.pl/media/k2/items/cache/807e35b865412538ef95e5cc2503f8c7_L.jpg Szef PO miał na początku lat 90. bliskie relacje z sowieckimi oficerami identyfikowanymi jako szpiedzy – ustaliła Komisja Weryfikacyjna WSI! Trafiliśmy na ślad tajemniczej szpiegowskiej historii z szefem Platformy Obywatelskiej Grzegorzem Schetyną w roli głównej. Otóż działająca w latach 2006–2008 Komisja Weryfikacyjna Wojskowych Służb informacyjnych dotarła do dokumentów po byłej WSI, wskazujących, że Schetyna miał bliskie relacje z oficerami sowieckimi, których ta służba identyfikowała jako kadrowych oficerów GRU, czyli elitarnej szpiegowskiej jednostki – wynika z informacji „Warszawskiej Gazety”.
    Dokładnie z jednym, z którym „miał indywidualne kontakty”. Komisja, której działalność zakończył rząd Platformy Obywatelskiej, nie zdążyła zbadać tej sprawy. Była ona jednym z typowych przykładów niereagowania przez WSI na rosyjskie (sowieckie) zagrożenie. Ustalono bowiem, że WSI, poza sporządzeniem notatek, nic w tej sprawie nie zrobiło. Grzegorz Schetyna nie odpowiedział na przesłane przez nas pytania (publikujemy je na końcu tekstu).
    Ostatnia nadzieja III RP
    Grzegorz Schetyna (w lutym skończy 54 lata) to jeden z najbardziej wpływowych polskich polityków ostatnich lat. To on z Donaldem Tuskiem doprowadził Platformę Obywatelską do władzy. Ich drogi rozeszły się w 2009 r., gdy po wybuchu afery hazardowej Tusk bez chwili wahania poświęcił przyjaciela, aby ratować spadające notowania rządu i partii. Schetyna nie zniknął jednak z polityki. Jeszcze w trakcie rządów Tuska piastował stanowisko drugiej osoby w państwie – marszałka Sejmu (gdy Bronisław Komorowski został pełniącym obowiązki prezydenta po katastrofie smoleńskiej). Wspólnie z Komorowskim Schetyna próbował w 2011 r. zdobyć władzę i odsunąć Tuska. Pucz się jednak nie udał i zamiast zostać liderem koalicji PO–SLD–PSL Schetyna musiał udać się na zesłanie, czyli funkcję szefa Komisji Zagranicznej w Sejmie. Po odejściu Tuska do Brukseli wrócił do wielkiej polityki. Został najpierw szefem Ministerstwa Spraw Zagranicznych w rządzie Ewy Kopacz, aby po przegranych przez nią wyborach stać się niepodzielnym władcą w największej opozycyjnej partii, jaką jest Platforma Obywatelska. Po ostatniej kompromitacji szefa Nowoczesnej Ryszarda Petru z powodu wyjazdu na Sylwestra w towarzystwie atrakcyjnej koleżanki partyjnej (w grę wchodziły zarówno kwestie obyczajowe, jak i porzucenie protestu w Sejmie) i blamażu szefa KOD-u Mateusza Kijowskiego (prywatyzacja pieniędzy przeznaczonych na obronę demokracji), to właśnie Schetyna jest dziś najmocniejszym liderem opozycji.
    Pytania z przeszłości
    Schetyna do polityki trafił właśnie na początku lat 90. jako działacz antykomunistycznego Niezależnego Związku Studentów. Na niejasne aspekty jego biografii z lat 80. zwracał uwagę reżyser Grzegorz Braun. To jedyny taki przewodniczący nielegalnej za komunistów organizacji Niezależnego Zrzeszenia Studentów, który został właścicielem Wojskowego Klubu Sportowego, a także współzałożycielem pierwszej prywatnej rozgłośni radiowej – pisał Braun w książce Kto tu rządzi (wyd. Bollinari Publishing House, 2015). Braun przytoczył również historię z 1988 r., gdy Schetyna był przewodniczącym NZS na Uniwersytecie Wrocławskim. SB wysłała rutynowe zapytanie do kolegów z Opola, czy znajdował się on w ich zainteresowaniu operacyjnym i dostała odpowiedź negatywną. Było to odpowiedź nieprawdziwa. Szczątkowo zachowana dokumentacja Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu, dzisiaj Uniwersytetu Opolskiego, zawiera doniesienie TW „Misia” z 1982 r. o tym, że niejaki Schetyna wozi jakąś bibułę między Opolem a Wrocławiem. Konsekwencją tego jest wówczas, w roku 1982 wysłanie zapytania przez funkcjonariusza opolskiego do biura w Warszawie, czy ów Schetyna figuruje w ewidencji. Funkcjonariusz ów sporządził parę dni później notatkę odręczną, zapewne zatem w jednym egzemplarzu. Notatkę, w której zamyka sprawę i zaznacza, że sprawdzono, że Grzegorz Schetyna nie robi niczego, co mogłoby motywować dalsze nim zainteresowanie ze strony służb. To bardzo ciekawe. Jest ciemna noc stanu wojennego, a tutaj bezpieka, mając kogoś, o którym wie, że wozi bibułę między dwoma miastami wojewódzkimi, postanawia w ogóle się nim nie interesować – dociekał Braun. A później doszło kłamstwo z 1988 r., gdy jeden wydział SB kłamał drugiemu na temat Schetyny. Teraz dochodzimy do naszej historii, w której drogi Schetyny przecięły się z drogami oficerów WSI i GRU. W pierwszych solidarnościowych rządach Schetyna był w latach 1991–1992 wicewojewodą dolnośląskim. Odpowiadał m.in. za sprawy mienia przejmowanego od wycofującej się z Polski Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej (PGWAR). To był olbrzymi majątek. Schetyna wielokrotnie jeździł do Legnicy i spotykał się z gen. Wiktorem Dubyninem, szefem PGWAR. W Legnicy była oczywiście również komórka sowieckiego wywiadu wojskowego GRU, a jej oficerowie uczestniczyli w rozmowach z polskimi urzędnikami. Te rozmowy, jak się okazało, były monitorowane przez oficerów Wojskowych Służb Informacyjnych. Czasy były tak niepewne, że każdy już szpiegował każdego. Nawet WSI swoich niedawnych zwierzchników z GRU – tłumaczy „Warszawskiej Gazecie” oficer Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Jeden z oficerów GRU, inwigilowanych przez WSI Śląskiego Okręgu Wojskowego, dzwonił do Schetyny i miał z nim indywidualne kontakty. Oficerowie WSI zastanawiali się więc nad tym, czy Schetyna nie jest przedmiotem działań typowniczych (typowanie kandydatów do ewentualnego werbunku) ze strony GRU. W każdym razie któryś z oficerów GRU sporządził na ten temat notatkę, która później znalazła się w centrali. Sprawę zamknięto, chociaż było to wbrew regułom kontrwywiadu. Dzisiaj Grzegorz Schetyna nie chce odpowiadać na pytania dotyczące tamtego okresu. A szkoda.
    Pytania „Warszawskiej Gazety” do Grzegorza Schetyny
    1. Czy w okresie gdy pełnił Pan funkcję wicewojewody wrocławskiego, w Pana kompetencjach znajdowała się sprawa kontaktów roboczych z przedstawicielami Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej (PGWAR) w Polsce?
    2. Czy prawdą jest, że prowadził Pan rozmowy robocze z przedstawicielami Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej w Polsce w sprawie przejęcia użytkowanego przez nią mienia (terenów i budynków)?
    3. Czy prawdą jest, że odbywały się one na terenie różnych rosyjskich jednostek wojskowych na Dolnym Śląsku?
    4. Czy sporządzał Pan notatki i sprawozdania z przebiegu tych rozmów i dokonywanych w ich trakcie ustaleń?
    5. Jak skomentuje Pan opinię NIK, że w wyniku ustaleń, jakie zapadały w trakcie tych rozmów, doszło do rażącej niedbałości o interesy polskiego Skarbu Państwa?
    6. Proszę o komentarz do opinii mówiącej o tym, że to Pan osobiście odpowiada za podejmowane w województwie wrocławskim decyzje o przejmowaniu (dzierżawieniu) terenów i obiektów po Armii Radzieckiej podmiotom, których udziałowcami byli obywatele krajów b. ZSRR?
    7. Ile razy uczestniczył Pan w przyjęciach towarzyskich, jakie organizowali przedstawiciele Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej dla przedstawicieli polskiej administracji i oficerów WP?
    8. Czy prawdą jest, że nawiązał Pan przyjacielskie kontakty z gen. Wiktorem Dubyninem i gen. Leonidem Kowaliewem – dowódcami PGWAR, jak również z jej wieloma innymi wysokimi dowódcami?
    9. Czy prowadząc rozmowy z oficerami PGWAR, miał Pan świadomość, że wśród pańskich rozmówców są kadrowi oficerowie GRU – sowieckiego wywiadu wojskowego?
    10. Działająca w latach 2006–2008 Komisja Weryfikacyjna dotarła do dokumentów po byłej WSI, które wskazywały, że miał Pan zbyt bliskie relacje z oficerami sowieckimi, których ta służba identyfikowała jako kadrowych oficerów GRU. Proszę o komentarz do ustaleń Komisji Weryfikacyjnej.
    11. Zdaniem członków byłej Komisji Weryfikacyjnej ds. WSI w okresie tych spotkań (z oficerami PGWAR) znalazł się Pan co najmniej raz w sytuacji wywiadowczej, w trakcie której usiłowano złożyć Panu propozycje współpracy. Czy poinformował Pan o tej sytuacji polskie organy bezpieczeństwa państwa (Urząd Ochrony Państwa, Wojskowe Służby Informacyjne)?
    12. Czy prawdą jest, że w trakcie rozmów z dowództwem PGWAR ze strony sowieckiej padały propozycje tworzenia wspólnych spółek joint venture, a także zgłaszane były inne kontrowersyjne pomysły?
    13. Czy po wycofaniu się jednostek PGWAR z Polski (ostatecznie miało to miejsce 17 września 1993 r.) utrzymywał Pan kontakty towarzyskie z jej byłymi oficerami? http://warszawskagazeta.pl/polityka/item/4539-tylko-u-nas-szef-po-mial-na-poczatku-lat-90-bliskie-relacje-z-sowieckimi-oficerami-identyfikowanymi-jako-szpiedzy-ustalila-komisja-weryfikacyjna-wsi
  • @kula Lis 66 19:23:23
    dzięki za trafne jak zawsze komentarze - o Szetynie dyskutowaliśmy niedawno pod jedną z notek - ale nigdy dość przypominać

    pozdrawiam

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031